środa, 26 listopada 2014

Copacabana

"El dinero no es nada, pero mucho dinero, eso ya es otra cosa" 

~ George Bernand Shaw 

Chapter 3

Szybko zamówiłam taxi, przybyło na czas, i odjechałam. Dojechałam na lotnisko, na szczęście zamówiłam już bilet na lot do Rio de Janeiro, więc oszczędziłam sobie tym zbędnym czekaniem na upragniony bilet. Kiedy wykładałam bagaże na taśmę obawiałam się że znajdą moją ukochaną broń, ale szybko przypomniałam sobie że będzie dostarczona na miejsce przez Marco (Imię prawej ręki szefa mafii w której obecnie pracuje wujek), więc nie miałam się czego obawiać. 
Niestety przed wejściem do samolotu czekała na mnie niemiła niespodzianka. Mianowicie czekał tam na mnie zdenerwowany Raffael. Byliśmy przyjaciółmi chyba już od kołyski bardzo się ze sobą zżyliśmy, ale nadal nie wiem po co tu przyszedł, i skąd w ogóle wiedział? Widać było po nim że jest bardzo zestresowany. Jak tylko obrócił się do mnie od razu podbiegł i mnie przytulił, dokładnie nie wiem o co chodziło. 
-Hej, Raff co się stało że tu jesteś?- spytałam
 -Suzanne, wiesz o tym że nie musisz tego robić? Wiesz że oni cię zabiją?- powiedział kurczowo trzymając moje ramię 
-Oj o to bym się nie martwiła, bardziej zastrzelę ich.- odpowiedziałam 
-Ale, wiesz że możesz się wycofać Suz. Proszę, boję się o Ciebie i nie chciałbym aby coś ci się stało.- poprawiał każdą moją odpowiedź
-Jasne kapitanie.- Zaśmiałam się i zasalutowałam 
-Suz, proszę nie rób tego.- spojrzał mi w oczy, doskonale wiedząc że ja tego nie cierpię, wtedy zawsze ulegam
-Raff, jeśli mnie zabraknie obiecaj nie grzesz więcej.- zażartowałam i pobiegłam do samolotu 
-Suz!- wykrzyknął moje imię ale ja nie miałam czasu go słuchać 
-Do zobaczenia Raff.- powiedziałam i nie patrząc w tył wdrapałam się na schodki lotnicze. 
Wreszcie do domu, do ukochanej Hiszpanii. 

*Po 5 godzinach*

Dotarłam na miejsce, zaczęłam myśleć o tym co powiedział mi Raffael, dopiero teraz to do mnie dotarło, ale wiem że nie mogę poddać się w takiej chwili, kiedy na koncie mam zaledwie 8 morderstw, w tym dwa na zlecenie, w sumie mogłabym to zrobić ale wtedy nie dotrwam do wymierzonego celu. Wysiadłam z taksówki, w progu willi wujka uroczyście przywitała mnie ciotka i kuzyn, byli bardzo mili. Ciotka powiedziała że wuj jest w ogrodzie i załatwia "sprawy biznesowe" z Marco, jak to zwykle bywało. Oczywiście mnie nie mogło zabraknąć na naradzie więc szybko pobiegłam do ogrodu. Zastałam tam wuja, Marco i moje ulubione pieski Macho i Iben, urocze dobermany. Tak mi ich brakowało kiedyś uczyłam ich wielu komend. Usiadłam na krześle obok, wszyscy przywitali mnie jakże miło, Marco wyłożył moją broń na stół, kurczowo chciałam ją wziąć. Niestety przeszkodził mi w tym. 
-Czego? Daj mi moją własność łaskawie.- Odezwałam się pierwsza 
-Jesteś słodka. Kruszynko mam dla Ciebie pewne zadanie, zanim oddam ci broń musisz zrobić coś dla nas.- Złapał mnie za brodę i chwilę się na mnie patrzył
-Kruszynko? Dobrze wiesz że mam na koncie kilka zadań, i spokojnie w twojej osobie chętnie bym je zrobiła.- Zdenerwowałam się, ale to u nas normalne zawsze kłócę się z Nim
-Marco dejarla y hablar con cosas por favor.- Odezwał się wujek, jeśli już mówi po Hiszpańsku to oznacza że zaczyna go to irytować, to oznaczało głównie zły znak, znak ucieczki
-Okey, sprawa jest taka. Masz zabić pewnych gości.- Powiedział, już się ucieszyłam więc aż wstałam z krzesła
-Ale nie sama, schowaj tą radość.- A jednak nie jest tak pięknie.. 
-Przedstawiam ci Harry'ego. Będzie z tobą współpracował, na określony czas. Zajmij się nim, jest nowy w tej branży i nie ukrywa tego.- Odpowiedział, po chwili ujrzałam sylwetkę chłopaka z brązowymi kręconymi włosami, zielonooki, "nowy". Właśnie kończył palić papierosa. Podeszłam do Niego wyrwałam mu go z ręki i powiedziałam ostro 
-Dla nowych palarnia jest na zewnątrz młody.- Tak mówiło się na nowych, dopiero zaczynających zabawę w gangu.

piątek, 14 listopada 2014

Zabójstwo

"Oto lekcja, której powinieneś się nauczyć, Sonny - powiedział Vito. - Nie pisz, jeśli możesz coś powiedzieć, nie mów, jeśli możesz kiwnąć głową, nie kiwaj głową, jeśli nie musisz." ~ Mario Puzo

Chapter 2 

Biegłam tak jakiś już jeden kilometr, wreszcie wdrapałam się na pobliskie drzewo jak tylko umiałam, na szczęście chłopak mnie nie zauważył, ale zadzwonił po jakiegoś typa mówiąc że to jest ważna sprawa żeby tu przyszedł, na końcu zdania usłyszałam jego imię i nazwisko Antonio Giacalone. Niestety moje życie jest pełne tajemnic, niebezpiecznych tajemnic. Cała historia zaczęła się w 2000r. kiedy miałam 5 lat, w Saint Louis w Hiszpanii Ja i moi rodzice musieliśmy uciekać z Francji ponieważ ścigał nas gang przestępczy, byliśmy niewidzialni, aż to pewnego momentu, pewnego dnia Francesco Pasqua, szef tak zwany Don przybył do naszej posiadłości i na moich oczach zastrzelił moich rodziców, uciekłam stamtąd, inaczej też bym już nie żyła. Ale w pewnym czasie wróciłam do Paryża aby dokończyć to co planowałam, chciałam Go zniszczyć, żeby cierpiał tak samo jak moi rodzice, najpierw chciałam zastrzelić wszystkich z Jego Gangu a na końcu Jego samego. A więc Antonio był mi bardzo dobrze znany, był z Jego mafii, pracował dla tego szmaciarza, a kiedyś byliśmy sobie równi. Po krótkiej chwili siedzenia na gałęzi drzewa spojrzałam w dół, zobaczyłam że umówiony przyszedł na miejsce. Chwilę odczekałam a potem odezwałam się z góry. 
-Jeszcze masz czelność tu przychodzić Anton?  
-Słucham?- Widocznie nie dowierzał że ktoś siedzi na gałęzi pobliskiego drzewa 
-To co słyszałeś, pamiętasz to miejsce? Razem przecież się tu bawiliśmy- Powiedziałam ironicznie 
-Suzanne to ty? Wybacz nie poznałem cię.-Odpowiedział 
-Wybacz nie mam ochoty z Tobą rozmawiać, chociaż widać mam powód aby tu siedzieć.-Zeszłam z gałęzi i podeszłam do Niego 
-Niestety będziemy się musieli równie szybko pożegnać, tak jak się przywitaliśmy.-Zaśmiałam się ironicznie 
-Przepraszam nie rozumiem Cię zbytnio.-Odpowiedział wpatrując się we mnie
-Wiesz dobrze po co tu jestem, wiem że Francesco żyje. Chce tylko wiedzieć gdzie się znajduje.-Powoli wyciągałam z tylnej kieszeni broń  
-Niestety nie mogę zdradzić swoich przyjaciół.- Zaczął się wycofywać  
-No proszę, ja chcę się tylko zabawić.- Zaśmiałam się i przyłożyłam broń do Jego skroni
-Dobra powiem, ale obiecaj że nie będziesz strzelać i nie pozbawisz mnie życia.- W Jego głosie usłyszałam strach. Tak bardzo to lubiłam. 
-Powiedz a oszczędzę jeszcze twoją nędzna duszę.- Zaczekałam chwilę 
-Jest na Copacabanie.- Powiedział to i zaczął iść w przeciwną stronę 
-Zaczekaj chwileczkę, jeszcze nie skończyłam tej zabawy.- Zaśmiałam się po czym  stanowczo nacisnęłam w spust
-Hej! Miałaś mnie nie zabijać, mieliśmy umowę!-Krzyknął gwałtownie
-Umowa niekiedy nie musi być dotrzymana, żegnaj Antonio, byłeś dobrym przyjacielem.- Wypowiedziałam te słowa po czym strzeliłam. Wydał z siebie tylko jakiś cichy dźwięk po czym zsunął się na trawę. Wzięłam Jego komórkę i przeszukiwałam kontakty ostatnie połączenie było od jakiegoś Zayna, musiałam do sprawdzić ale najpierw uciekłam z miejsca zabójstwa. Niebawem zginie drugi. Musiałam wyruszyć do tej Copacabany aby spotkać się z moim wujkiem i omówić szczegóły planu.

wtorek, 11 listopada 2014

Zielone wzgórze

"Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty także mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie"~ Mały Książe 

Chapter 1

Czyżby to strugi deszczu spływały po oknie? Czy może jednak krew, ta brudna krew, czerwonoczarna, wstrętna. Obrzydlistwo. Kiedyś nie wiedziałam jak to jest, jak to smakuje, jak wygląda, jak to jest poczuć jej zapach. Nie wiedziałam. Nie czułam także bólu, cierpienia. Aż do pewnego dnia. Aż do dnia przemiany. To znamię na moim nadgarstku nie pozwala mi zapomnieć, o uczuciach, o miłości, o marzeniach. Wszystko zaczęło się pewnego dnia, pięknego dnia, słońce świeciło tak jak nigdy, było bardzo jasno. Wyszłam pobiegać jak zwykle w taki dzień. Złapałam pewnego oddechu i ruszyłam, do lasu. Przedzierałam się przez konary drzew, było tak pięknie, kochałam to. Dobiegłam do mojego ulubionego wzgórza, zawsze tam przychodziłam wtedy kiedy chciałam być szczególnie sama, wtedy kiedy było bardzo źle, i bardzo dobrze, to było moje miejsce na ziemi, tam czułam że naprawdę żyję. Usiadłam na skraju i przyglądałam się niebu, autostradzie która znajdowała się tuż za wzgórzem, rozmyślałam nad sensem życia. Aż w końcu zauważyłam że od strony autostrady ktoś zmierza w moją stronę. Ukryłam się za drzewem. Byłam zaskoczona ponieważ nikt tu nie przychodził. Nigdy. To miejsce odkryłam ja sama bardzo dawno temu. Postać, usiadła jakby nigdy nic, zaczęła śpiewać, po głosie poznałam że był to chłopak, o niskim głosie, śpiewał co prawda po angielsku, a to się nie zdarza ponieważ mieszkałam we Francji, wszyscy mówili po francusku, oczywiście są tu turyści, ale nie zdarzało mi się kogoś spotkać, kto mówił by czystym językiem angielskim. Zza drzewa spojrzałam tylko na chwilę na osobę, nie ujawniając się. Był to chłopak o bardzo jasnej karnacji wręcz bladej, ciemnych włosach, długich za ucho, o brązowych oczach. Chciałam się wycofać ale zdradził mnie ptak który usiadł sobie na gałęzi tego drzewa i po chwili odfrunął, z tego co zauważyłam był to czarny kruk. Chłopak zaczął się podnosić i iść w moją stronę. Zaczęłam uciekać, a On biegł za mną, nie wiedziałam co zrobić.