"El dinero no es nada, pero mucho dinero, eso ya es otra cosa"
~ George Bernand Shaw
Chapter 3
Szybko zamówiłam taxi, przybyło na czas, i odjechałam. Dojechałam na lotnisko, na szczęście zamówiłam już bilet na lot do Rio de Janeiro, więc oszczędziłam sobie tym zbędnym czekaniem na upragniony bilet. Kiedy wykładałam bagaże na taśmę obawiałam się że znajdą moją ukochaną broń, ale szybko przypomniałam sobie że będzie dostarczona na miejsce przez Marco (Imię prawej ręki szefa mafii w której obecnie pracuje wujek), więc nie miałam się czego obawiać.Niestety przed wejściem do samolotu czekała na mnie niemiła niespodzianka. Mianowicie czekał tam na mnie zdenerwowany Raffael. Byliśmy przyjaciółmi chyba już od kołyski bardzo się ze sobą zżyliśmy, ale nadal nie wiem po co tu przyszedł, i skąd w ogóle wiedział? Widać było po nim że jest bardzo zestresowany. Jak tylko obrócił się do mnie od razu podbiegł i mnie przytulił, dokładnie nie wiem o co chodziło.
-Hej, Raff co się stało że tu jesteś?- spytałam
-Suzanne, wiesz o tym że nie musisz tego robić? Wiesz że oni cię zabiją?- powiedział kurczowo trzymając moje ramię
-Oj o to bym się nie martwiła, bardziej zastrzelę ich.- odpowiedziałam
-Ale, wiesz że możesz się wycofać Suz. Proszę, boję się o Ciebie i nie chciałbym aby coś ci się stało.- poprawiał każdą moją odpowiedź
-Jasne kapitanie.- Zaśmiałam się i zasalutowałam
-Suz, proszę nie rób tego.- spojrzał mi w oczy, doskonale wiedząc że ja tego nie cierpię, wtedy zawsze ulegam
-Raff, jeśli mnie zabraknie obiecaj nie grzesz więcej.- zażartowałam i pobiegłam do samolotu
-Suz!- wykrzyknął moje imię ale ja nie miałam czasu go słuchać
-Do zobaczenia Raff.- powiedziałam i nie patrząc w tył wdrapałam się na schodki lotnicze.
Wreszcie do domu, do ukochanej Hiszpanii.
*Po 5 godzinach*
Dotarłam na miejsce, zaczęłam myśleć o tym co powiedział mi Raffael, dopiero teraz to do mnie dotarło, ale wiem że nie mogę poddać się w takiej chwili, kiedy na koncie mam zaledwie 8 morderstw, w tym dwa na zlecenie, w sumie mogłabym to zrobić ale wtedy nie dotrwam do wymierzonego celu. Wysiadłam z taksówki, w progu willi wujka uroczyście przywitała mnie ciotka i kuzyn, byli bardzo mili. Ciotka powiedziała że wuj jest w ogrodzie i załatwia "sprawy biznesowe" z Marco, jak to zwykle bywało. Oczywiście mnie nie mogło zabraknąć na naradzie więc szybko pobiegłam do ogrodu. Zastałam tam wuja, Marco i moje ulubione pieski Macho i Iben, urocze dobermany. Tak mi ich brakowało kiedyś uczyłam ich wielu komend. Usiadłam na krześle obok, wszyscy przywitali mnie jakże miło, Marco wyłożył moją broń na stół, kurczowo chciałam ją wziąć. Niestety przeszkodził mi w tym.
-Czego? Daj mi moją własność łaskawie.- Odezwałam się pierwsza
-Jesteś słodka. Kruszynko mam dla Ciebie pewne zadanie, zanim oddam ci broń musisz zrobić coś dla nas.- Złapał mnie za brodę i chwilę się na mnie patrzył
-Kruszynko? Dobrze wiesz że mam na koncie kilka zadań, i spokojnie w twojej osobie chętnie bym je zrobiła.- Zdenerwowałam się, ale to u nas normalne zawsze kłócę się z Nim
-Marco dejarla y hablar con cosas por favor.- Odezwał się wujek, jeśli już mówi po Hiszpańsku to oznacza że zaczyna go to irytować, to oznaczało głównie zły znak, znak ucieczki
-Okey, sprawa jest taka. Masz zabić pewnych gości.- Powiedział, już się ucieszyłam więc aż wstałam z krzesła
-Ale nie sama, schowaj tą radość.- A jednak nie jest tak pięknie..
-Przedstawiam ci Harry'ego. Będzie z tobą współpracował, na określony czas. Zajmij się nim, jest nowy w tej branży i nie ukrywa tego.- Odpowiedział, po chwili ujrzałam sylwetkę chłopaka z brązowymi kręconymi włosami, zielonooki, "nowy". Właśnie kończył palić papierosa. Podeszłam do Niego wyrwałam mu go z ręki i powiedziałam ostro
-Dla nowych palarnia jest na zewnątrz młody.- Tak mówiło się na nowych, dopiero zaczynających zabawę w gangu.


